czwartek, 8 listopada 2012

Lokalne zdziwienia... już z Porsgrunn



Co kraj to obczyja... no właśnie... czyli lokalne zadziwienia!

Od kiedy, po raz kolejny, ma się rozumieć, się przeprowadziliśmy, mieszkamy na trasie jakiegoś cholernego, nieoznakowanego maratonu. Nie ma godziny, żeby przed moim oknem, bez względu na pogodę, a wierzcie mi, ta pozostawia wiele do życzenia, nie przegalopoławo stado w obciłych spodenkach... jak jakiś wyrzut sumienia, jak rzucone z pogardą, że jak się nie da, skoro się da... chociaż chodnik śliski bo wczoraj padało, a dzisiaj mróz, chociaż deszcz leje, że w prognozie pogody ostrzegają, chociaż wiatr taki, że ujść nie można... i oni tak biegną sobie, nie wydaje się nawet, żeby specjalnie cierpieli z tego powodu... biegną... fenomen też jednakowoż jak się okazało, jest konsekwencją, rzekłabym, zimnego chowu... otóż jak się okazało, popularną i popularyzowaną tutaj formą przedszkola, jako organizacji, a nie budynku, bo w tym sęk, jest plac zabaw... rodzice przyprowadzają dzieci na rano, zwykle przedszkola działają od 7:30, po czym odbierają je około 17: 00 i teraz najlepsze, przez cały czas pobytu w przedszkolu, dzieci są na dworze, ponieważ instytuacja nie posiada budynku!!! Owszem, jest szopka, gdzie można zrobic siku, oraz zagotować wodę, ale wszystkie pociechy na raz się do niej nie zmieszczą.... jakie rzeczy trzeba na siebie założyć, żeby przez osiem godzin ulewy nie przemoknąć albo nie przemarznąć, kiedy temperatura spadnie znaczące poniżej zera i zacznie wiać? A nie, przepraszam, dopiero teraz będzie najlepsze... na mój zszokowany wyraz twarzy, otrzymałam odpowiedź, że oni rozumieją, że jestem zdziwiona, przecież w kraju o takim zanieczyszczeniu powietrza jak Polska, nie jest takie coś możliwe....
Lokalne zdziwienia cd

czwartek, 26 kwietnia 2012

mamusiu chce siusiu

mamusiu chce siusiu!!! zawodzi młody człowiek, po raz pierwszy w swoim dwu i pół letnim życiu! mamusiu chce siusiu!!! a miód spływa na moje serce i tracę oddech!
jakoś nie mogłam się do tego zabrać, ale wizyta u znajomych zachęcila mnie do podjęcia próby, no i w końcu podobno takie zmiany nigdy nie trwają dłużej niż tydzień! ta zdecydowanie nie trwała! może cieszę się za szybko, ale już drugi dzień przeżyliśmy bez pieluchy /z wyjątkiem wyść z domu/, a dziś po raz pierwszy mój syn wyartykuował to co kładłam mu przez kilka dni do głowy!!!!!!!! och, jestem taka dumna!!!

A. przyjechała do nas w zeszłym tygodniu... nie miałam pojęcia jak bardzo brakowało mi kobiecego towarzystwa przez te wszystkie lata... jak dobrze być blisko kogoś, komu się ufa i może powiedzieć wszsytko... a w każdym razie prawie wszsytko! przez wiele lat byłyśmy 'o krok'... na wyciągnięcie ręki, na szybki telefon i wielogodzinną 'kawę'... brakuje mi kobiet

no i wyszło przy okazji, w jak kiepskiej jestem formie, sama się zdziwiłam... a przecież młody człowiek powtarza kilka razy dziennie jak bardzo mnie kocha... topnieję za każdym razem oczywiście... no chyba, że następnej koleności wyraża jakieś konkretne życzenie jak ostatnio w nocy: mamusiu, kocham cię, dasz mi herbaty ;) słodziak

środa, 21 marca 2012

boli mnie kręgosłup i ciśnienie mam niskie ;)

Młody człowiek siedzi z Babcią na tylnym siedzeniu samochodu, wracamy z miasta, wszyscy ziwaja, Babcia próbuje czytac Młodemu Człowiekowi książkę, ale literki skaczą jej przed oczyma. Słuchacz wydaje się tego nie zauważać. Z zainteresowaniem śledzi dobrze znaną historię, lekko przez Babcie naruszoną. Babcia przerywa czytanie i próbuje się ocucić wizją kawy natychmiast po powrocie do domu, która wpłynie na poprawę samopoczucia wobec spadającego ciśnienia, wspomina też o bolącym kręgosłupie, ze względu na pozycję jaką przybrała do czytania.

Mija niedługa chwila, Młody Człowiek zabiera głos: boli mnie kręgosłup i ciśnienie mam takie niskie. Muszę się niestety napić kawy...

Szczęki zbieramy z podłogi, podwtórzył bez błędnie, a właściwie lekko sparafrazował Babci wypowiedź... ma 2 lata i 6 miesięcy...

Znajoma narzekała ostatnio na różne zmartwienia... nie obnosiła się z ich treścią, tylko ogólnie zaznaczyła słaba kondycję. W ostatnich dniach jedno z jej dzieci zapadło na ciężką chorobę wirusową, cudem nie lądując w szpitalu, podczas kiedy ona musiała przygotowywać się do naukowego wystąpienia... i pomyślałam, że ona tak delikatnie narzekała, a dostała dotkliwą karę... w kontekście badań jakie właśnie robimy, jest to przerażające... z góry przepraszam, że moje marudzenie, mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno... i obiecuję poprawę oczywiście
I jeszcze mi się przypomniało... czarny kot przebiegł nam dzisiaj drogę... kompletny dół...

wtorek, 20 marca 2012

jestem córką babci mojego syna :D

Przyjechała do nas Babcia! Młody Człowiek wnika więc nieustannie zawiłości rodzinnych koligacji, kto jest czyją córką i czyją mamą jednocześnie, a kto i dlaczego jest wnuczkiem zwanym też synkiem. Chwilami sama musze się nad tym zastanowić, nie żebym miała wątpliwości, czyją jestem córką, a czyją matką, ale jak człowiek zda sobie sprawę w ilu rolach w życiu występuje, to się od tego mętlik może zrobić.

Młody Człowiek budzi się nocami i nie zawsze może  spać. Wymaga to w pełni zaangażowanego towarzystwa przynajmniej jednej osoby. Babcia od kiedy do nas przyjechała, nie dawała nikomu szans na kilkugodzinną nocną przerwę. Czasami mam wrażenie, że to próba udowadnienia komuś czegoś, ale może lepiej nie myśleć w ten sposób. Martwią mnie te nocne pobudki, są, obawiam się, wierzchołkiem jakiegoś nieznanego... a jak wiadomo, w takich sprawach nieznane zupełnie nie zachwyca...

Lecimy z Babcią do kraju na Wisłą, a właścwie do jego części na Wartą. Mam bardzo krótką pamięć, wiem, że moja wolność stanie się bezgranicznym zniewoleniem, ale kiedy kupuję bilet, jakoś mi to wypada z głowy. No i teraz mam. Ciągle na cenzurowanym, pod kontrolą... boszzz... chce wypić dwa piwa w sobotę, ale drugie już jest absolutnie niepolityczne... piję po ciemnku w odosobnieniu, butelkę chowam za książki!!! Totalny absurd. Nadzorca czuwa. Dwa piwa piją z pewnościa tylko złe matki, te same, które zjadają całe jabłko, bez wmuszenia przynajmniej ogonka w swoją pociechę. Smok zielony przyjeżdża za dwa tygodnie, szczęściarz!!!

sobota, 10 marca 2012

smok zielony

Dziś w nocy.
Młody Człowiek upychając się między mną, a Żywicielem:
- ja jestem kot pasiasty
Ja na to:
- a ja jestem przytulanka
Młody Człowiek wskazując na Żywiciela:
- a to jest nasz smok zielony...

postaci zaczerpnięte z bajki 'Przytulaki', dodam, że Żywiciel jest koloru czarnego...

środa, 7 marca 2012

śnieg

Zaczyna się, miało być spokojnie przez jakiś czas, miało się poukładać, przyklepać, miał osiąść kurz na walizkach, no właśnie, to dlaczego  ja znowu kupuje bilety?... grrrr , mało tego, miał być wypad kilkudniowy, świąteczny, w sensie, że wielkanocny, a tymczasem już w połowie marca lecę i pewnie w połowie kwietnia wrócę...  w ten sposób nigdy nie zapuszczę korzeni, nigdy nie wgryzę się w tu i teraz, nigdy nie będę tu przynależeć...  ale co robić, kiedy po prawie misiącu choroby, Młody Człowiek ciągle kaszle i ma katar? Ciągle nie przesypia spokojnie nocy i nie chce jeść...  a ja ciągle sama walczę z jego i swoją chorobą, moimi frustracjami i frustracjami Żywiciela... chcę znaleźć się w miejscu, w którym ktoś mi pomoże, chociaż z tym cholernym żarciem, które jest zmorą poranków, wieczorów i całej reszty pośrodku... no nie urodziłam się, żeby gotować, to pewne... nie jestem matką karmicielką, nawet piersią Edmunda wykarmić nie mogłam... nie żebym jakieś kompleksy miała z tym związane, zupełnie nie, głęboko wierzę, że nie każdy musi wszystko... martwi mnie tylk obrak mojego zaangażowania w cokolwiek...

Mam dolinę, bo było już ciepło i wiosennie... a dzisiaj od rana sypie z nieba to białe, romatczne gówno...  świat w bieli, a ta biel nie przypomina mi wcale przytulnej, pierzastej kołderki, wręcz przeciwnie, jest dla mnie jak chłód laboratoryjnej sterylności, z jej ciszą i poświatą lampy UV

Próbuję się sprzedawać na FB, muszę coś robić, ale ten wysiłek, coś całkowicie wbrew mojej naturze, porusza moje trzewia i sprawia, że najchętniej wykopałabym sobie dół i do niego wskoczyła... tym bardziej, że efektów nie ma... ale tego się można przecież było spodziewać, prawda... ???


środa, 29 lutego 2012

noc


Przytarabanił się znowu nad ranem, robię miejsce, ale to nigdy nie wystarcza, ja zawsze leżę na najlepszym fragmencie łóżka, dlatego absolutnie koniecze jest położenie się, przynajmniej częściowo, przynajmniej jedną kończyną, na mnie... pożądana ze wszech miar jest jak największa powierzchnia styku... leżymy... ja na krawędzi, on zaraz za mną, częściowo na mnie, tak blisko, że nie mam żadnej możliwości ruchu, bez wprowadzenia w rezonans ciała leżącego obok... ciało, jako że jeszcze nie całkiem zdrowe, wydaje chrapliwe dźwięki prosto do mojego ucha... ciche piski, wymęczone sapania, warczące  oddech... moje dziecko nie uznaje spania razem polegającego na dzieleniu jednego łóżka, moje dziecko musi być pewne, że chociaż łóżko ma 1,8m, my zajmjemy jego możliwie najmniejszy fragment... a najlepiej, gdyby ja podpierała się ręka i nogą o podłogę, to daje gwarancję, że już bardziej się nie odsunę w chwili nieuwagi... ufff

Uwielbiam te wieczory, kiedy Żywiciel jeszcze pracuje, albo ogląda swoje angielskie seriale, a ja sama, pani na włościach, rozkładam się na środku łóżka, nic mnie nie ogranicza, nic nie grzeje, nic nie wydaje, zakłócających nocną ciszę, dźwięków... tylko, że wtedy natychmiast zasypiam, i tyle mojej radości!