Co kraj to obczyja... no
właśnie... czyli lokalne zadziwienia!
Od kiedy, po raz kolejny, ma się
rozumieć, się przeprowadziliśmy, mieszkamy na trasie jakiegoś cholernego,
nieoznakowanego maratonu. Nie ma godziny, żeby przed moim oknem, bez względu na
pogodę, a wierzcie mi, ta pozostawia wiele do życzenia, nie przegalopoławo
stado w obciłych spodenkach... jak jakiś wyrzut sumienia, jak rzucone z
pogardą, że jak się nie da, skoro się da... chociaż chodnik śliski bo wczoraj
padało, a dzisiaj mróz, chociaż deszcz leje, że w prognozie pogody ostrzegają,
chociaż wiatr taki, że ujść nie można... i oni tak biegną sobie, nie wydaje się
nawet, żeby specjalnie cierpieli z tego powodu... biegną... fenomen też
jednakowoż jak się okazało, jest konsekwencją, rzekłabym, zimnego chowu... otóż
jak się okazało, popularną i popularyzowaną tutaj formą przedszkola, jako
organizacji, a nie budynku, bo w tym sęk, jest plac zabaw... rodzice
przyprowadzają dzieci na rano, zwykle przedszkola działają od 7:30, po czym
odbierają je około 17: 00 i teraz najlepsze, przez cały czas pobytu w
przedszkolu, dzieci są na dworze, ponieważ instytuacja nie posiada budynku!!! Owszem,
jest szopka, gdzie można zrobic siku, oraz zagotować wodę, ale wszystkie
pociechy na raz się do niej nie zmieszczą.... jakie rzeczy trzeba na siebie
założyć, żeby przez osiem godzin ulewy nie przemoknąć albo nie przemarznąć,
kiedy temperatura spadnie znaczące poniżej zera i zacznie wiać? A nie,
przepraszam, dopiero teraz będzie najlepsze... na mój zszokowany wyraz twarzy,
otrzymałam odpowiedź, że oni rozumieją, że jestem zdziwiona, przecież w kraju o
takim zanieczyszczeniu powietrza jak Polska, nie jest takie coś możliwe....
| Lokalne zdziwienia cd |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz