środa, 29 lutego 2012

noc


Przytarabanił się znowu nad ranem, robię miejsce, ale to nigdy nie wystarcza, ja zawsze leżę na najlepszym fragmencie łóżka, dlatego absolutnie koniecze jest położenie się, przynajmniej częściowo, przynajmniej jedną kończyną, na mnie... pożądana ze wszech miar jest jak największa powierzchnia styku... leżymy... ja na krawędzi, on zaraz za mną, częściowo na mnie, tak blisko, że nie mam żadnej możliwości ruchu, bez wprowadzenia w rezonans ciała leżącego obok... ciało, jako że jeszcze nie całkiem zdrowe, wydaje chrapliwe dźwięki prosto do mojego ucha... ciche piski, wymęczone sapania, warczące  oddech... moje dziecko nie uznaje spania razem polegającego na dzieleniu jednego łóżka, moje dziecko musi być pewne, że chociaż łóżko ma 1,8m, my zajmjemy jego możliwie najmniejszy fragment... a najlepiej, gdyby ja podpierała się ręka i nogą o podłogę, to daje gwarancję, że już bardziej się nie odsunę w chwili nieuwagi... ufff

Uwielbiam te wieczory, kiedy Żywiciel jeszcze pracuje, albo ogląda swoje angielskie seriale, a ja sama, pani na włościach, rozkładam się na środku łóżka, nic mnie nie ogranicza, nic nie grzeje, nic nie wydaje, zakłócających nocną ciszę, dźwięków... tylko, że wtedy natychmiast zasypiam, i tyle mojej radości!

wtorek, 28 lutego 2012

sok z czarnej pożeczki bardzo chętnie,

a herbata nie’ sentencja Młodego Człowieka o drugiej w nocy

Tymczasem rano:

otwieram oczy... wtorek... cudownie, Młody idzie do przedszkola, śniadanie, joga, prasówka przy kawusi, spokojne zajęcia domowe... zaraz, zaraz, Młody jest chory... nie idzie do przedszkola... wróć...

Młody Człowiek ma się zaskakująco dobrze jak na swoją chorobę, chciałoby się wręcz powiedzieć, że za dobrze... ogień w oczach bynajmniej nie wskazuje na gorączkę...  to chęć zrobienia czegoś, czego mu nie wolno :D ten ogień to nie taki znowu żar, oczy czerwone jak u byka po walce... zapalenie spojówek... nim minie dzień, ja też nerwowo pocieram oczy! Czuję się jakby mi ktoś garść piachu rzucił... parzę rumianek i jedziemy do apteki po sól fizjologiczną, sprzdają w takich małych buteleczkach jak do przemywania oczu niemowlętom... boszzzzz... ja potrzebuję litrową butelkę z dozownikiem, ja się MUSZĘ tego natychmiast pozbyć!!! Trochę mnie martwi, że ja tak wszystko przejmuję od Młodego... chyba czas zadbać o siebie.
Tymczasem za oknem lato. Wskazanie termometru w szczycie, 36 out i 29,8 in!!!!!!!!!!!  Szukam nerwowo wiosennej kurtki dla Młodego. No chyba, że tak już zostanie, wtedy wystarczy odprasować t-shirty

poniedziałek, 27 lutego 2012

młody człowiek


Adele w słuchawkach, piwko wolno sączę, przeglądam FB po raz nie wiadomo który dzisiaj... uzależnienie, a obiecywałam sobie, że nawet profilu nie będę miała... no i niedługo rzeczywiście nie będę miała, jak się nie opanuję z jedzeniem, zaokrąglam się w tempie astronomicznym...

Młody Człowiek znowu chory... przedszkole miało mi dać troche wolności do realizacji niektórych celów, tymczasem usidliło mnie jeszcze bardziej... nawet z domu wyjść nie mogę. Tymczasem w domu jest nudno, wiadomo, dwulatek potrzebuje ciągle nowych bodźców, a ja, no cóż... niekoniecznie jestem specjalistką w ich dostarczaniu... w każdym raziem nie na tym poziomie. Siedzimy więc w domu, Młody Człowiek co jakiś czas próbuje mnie zmusić do włączenia mu bajki. Odmawiam... – Mamo, ja płaczę, mówi wtedy do mnie :D

E. przysłała nam cały karton książek, oglądaliśmy dzisiaj jedną z nich, z obrazkami, książka kosztowała 21tyś. więc ma niezły staż... na jednym z obrazków telewizor, no nie plazma oczywiście... dla mojego dwulatka, taki telewizor przypomina... mikrofalówkę... nie moge mu wytłumaczyć, że to takie samo urządzenie jak to w którym ogląda co wieczór bajkę...

sobota, 25 lutego 2012

Do E.


Do E.

Droga Przyjaciółko, oczywiście zdajesz sobie sprawę jak miłą uczyniłaś nam niespodziankę. Moje dziecko uwielbia książki, a tu cała paczka prawie wyłącznie dla niego! Oczywiście pierwszym hitem był telefon z Bobem, ale ponieważ przesyłka dotarła krótko przed jego pójściem spać, nie miał okazji dokładnie przyjrzeć się wszystkim pozycjom. Mnie za to wzruszyłą książeczka z serii Poczytaj mi mamo. Miałam kiedyś mnóstwo takich książeczek, ale kiedy mój kuzyn trafił do szpitala, a później do sanatrorium, za namową rodziców jak sądzę, ‘podzieliłam’ się z nim tymi moimi skarbami, oddając większość z nich. Szpital był przeznaczony dla dzieci z chorobami zakaźnymi i książeczki nigdy nie wróciły. Dziękujemy bardzo za wszystkie prezenty, z moim to na prawdę trafiłaś, przed wyjazdem miałam zamiar kupić tą książkę, ale najpierw kupiłam inną, a później już nie zdążyłam pojechać do empiku!

Gratulacje z okazji napiasnia instrukcji. Kopiowanie z internetu jest bardzo popularne obecnie, tutaj również. Jak Żywiciel sprawdza prace studentów, to zawsze wie co kto skopiował, zastanawiam jak on to robi, ale ponieważ jest w tym bardzo pewny siebie, więc zakładm, że ma jakiś sposób. Kopiujący delikwent dostaje ostrzeżenie i musi poprawić. Oskarżenie o plagiat mogłoby się dla studenta skończyć wylotem z uczelni, więc zwykle poprawiąją. Ale powiem Tobie szczerze, nie wiem jak to wygląda na chwilę obecną w naszym kraju, ale tutaj studenci nie przypominają nas z tamtych czasów wcale. Są aroganccy i czasami się zastanawiamy jak to miałoby działać, bo niektórzy chcieliby mówić wykładowcy czego ma ich uczyć. Żenujące, totalny brak szacunku dla autorytetów. Taaa...

Cieszę się, że Pan W.  się wprowadza do Ciebie, rozumiem, że jakoś sobie wszystko poukładaliście w takim razie. Rozmawiałam z A. wczoraj wieczorem, sprzedałam jej dobrą wiadomość, no i się zastanawiałyśmy, czy mamy się na weselisko szykować...

I jeszcze żebym nie zapomniała... jak Twoje przygotowania do półmaratonu?



Mała Miejscowość to mała mieścina, nie ma więcej niż 10 tysięcy ludzi, ale ponieważ Ci ludzie mieszkają głównie w domkach, więc rozlewa się po całej dolinie. Czasami się zastanawiam jak niektóre domy zostały wybudowane, bo ziemię pod budowę dosłownie wyszarpują ze skał i lasu. Zaletą tego miejsca, w porównaniu z Wsią na północy, jest jednak fakt, że można wsiąść do samochodu i gdzieś pojechać. Na północy przez wiele kilometrów nie było na co czekać, a tu 20 minut i jesteśmy w dość dużej miejscowości  z fajnymi stokami narciarskimi i nawet z H&M. Mamy też stację kolejową i 100km do Stolicy. Jesteśmy zdecydowanie bliżej Europy! Ludzie też są sympatyczniejsi, niektórzy nawet bez przymuszania mówią HI! Takie historie się we Wsi na północy nie zdarzały. Ponieważ mieszkanie wynajmowaliśmy niejako ‘w ciemno’, a nasze rzeczy przyjechały tu przed nami, pierwsze kilka dni było dość trudne, bo wszystko stało jedno na drugim, kilkadziesiąt zamkniętych kartonów, których przeszukiwanie w celu znalezienia czegokolwiek przyprawiało o zawrót głowy, brud, bo od dawna nikt tu nie mieszkał, a panowie którzy wnosili kartony i meble też butów nie zdejmowali i małe dziecko w tym wszystkim, które akurat wkracza w wiek, kiedy nie dosyć, że robi dokładnie to, czego mu nie wolno, to jeszcze chce we wszystkim brać udział...  ta... no, ale to już historia, człowiek, wiadomo, istota przystosowywalna. Teraz mam ładnie już, wczoraj lobelie wysiałam do doniczek. A propos powiedziałam mamie, że mi musi list z nasionami przysłać, bo tu jedna mała paczuszka lobelii kosztuje 20 PLN!!!  A 10 litrów najgorszej ziemi kwiatowej 15 PLN... nie wszystko jest takie drogie i tak bardzo różni się od polskich realiów, ale niektóre ceny jednak powalają.

Młody Człowiek poszedł do przedszkola. Właściwie poszliśmy razem, bo pierwsze trzy dni chodziłam z nim. W piątek wyszłam na trochę i było ok, więc  miałam nadzieję, że w poniedziałek wszystko pójdzie bezpoleśnie. Nie poszło, bo w sobotę Młody Człowiek dostał 40 stopni gorączki i pojechaliśmy na pogotowie z tej racji, że niegdy jeszcze nie miał temperatury i nie byliśmy pewni, co robić. No to później przez tydzień siedzieliśmy w domu, kiedy to ja również zapadłam na ciężką chorobę, wydaje mi się, że znacznie cięższą zresztą niż moje dziecko... a  w kolejny poniedziałek poszliśmy znowu do przedszkola, ale wtedy już Młody Człowiek nie odstępował mnie na krok... tak go holowałam przez trzy kolejne dni, a w czwartek, po rozmowie z mamą, która stwierdziła, że przeginam, zawiozłam go do przedszkola, przebrałam, zaprowadziłam do grupy i zostawiłam.... buuuuuuuuuuu. Podobno nie było najgorzej. Nie wiem, bo nie wierze tym babokom wcale. Te dni które tam byłam, dały mi pogląd na ich opiekę nad dziećmi. Strach się bać. Dziecko zdejmie sobie skarpety i chodzi na boska... proszę bardzo, dziecko ma smarki zwisające do pępka... nikogo to nie obchodzi, dziecko jest całkiem samo w pokoju i chodzi po meblach... luz.... Myślałam nawet nad zmianą przedszkola, ale ostatecznie przeprowadziłam kilka rozmów i jakby trochę się poprawiło. Oczywiście teraz to już nie wiem, ale wpadamy z Kavu po małego o różnych porach, żeby sprawdzić  czy wszystko ok i na razie poza brakiem papci raz, nie było się do czego przyczepić. Ale i tak im nie wierze.

Szukam pracy. Jest to jakby naturalna konsekwencja faktu, że Młody Człowiek chodzi do przedszkola. Szukam, ale bez języka to cholera ciężko coś znaleźć. W desperacji zadzwonilam do firmy sprzątającej, a pani uprzejmie mnie poinformowała, że skoro nie znam języka, to nie mam kwalifikacji... no trochę się cieszę musze przyznać! W celu nabycia kwalifikacji zamówiłam sobie kurs językowy, a od września chyba pójdę na uniwerek.

No i tak powoli znowu zapuszczamy korzenie.

Jeszcze raz serdecznie dziękujemy za prezenty, pozdrawiam Cię i Was serdecznie i czekamy na wiadomość kiedy przyjeżdżacie. Jedyny zaklepany termin mam od 28 kwietnia do 12 maja. Mój ojciec zdecydował się na wycieczkę samochodową, co oczywiście niezmiernie mnie cieszy, po pierwsze bo ich zobaczymy, po drugie, bo będą nam mogli mnóstwo rzeczy przywieźć, hahaha... cóż, jestem  na przykład bardzo przywiązana do mojego antyperspiranta NIVE, a nie jest to produkt dostępny w tym kraju!

Przesyłamy uściski

Współczesna Nomadka & Co

Mała Miejscowość, 25.02.2012r. 

poniedziałek, 20 lutego 2012

kozaczki

Wybrałam się dzisiaj do miasta pieszo. Żywiciel pojechał rano samochodem, bo zabierał młodego człowieka do przedszkola. Pieszo, phi, lubie chodzić, droga prowadzi właściwie cały czas w dół, żadnego zmęczenia, czysta przyjemność. Niestety przekalkulowałam. Ciągłe roztopy i przymrozki zamieniły miłą trasę spacerową w przerażającą ścieżkę dla szaleńców. Naturalnie nie szłam do miasta żeby kopać rowy, miałam zaplanowane dwa spotkania: w Żywicielem w jego miejscu pracy oraz w agencji pracy, postanowiłam więc zrobić się na paniusię. No i zrobiłam. Duży błąd. Kozaczki z diabelskim poślizgiem uniemożliwiały utrzymanie równowagi, a każdy krok mógł skończyć się co najmniej połamaniem kilku kości. Świńskim truchtem, bo nie mogłam inaczej, przemieszczałam się w dół, co jakiś czas wpadając w wibrację, która prowadziła do unoszenia wysoko nóg, niekontrolowanego trzepotania rękoma i zataczania niebanalnych piruetów. W końcu stało się to co się stać musiało, kończyny dolne przemieściły się przeciwnych kierunkach, górne próbowały znaleźć podparcie na lodowej nawierzchni, a twarz znalazła się w niebezpiecznie bliskiej odległości od ziemi... doprawdy figura godna ukrytej kamery... w końcu dotarłam do miejsc zatrudnienia żywiciela, poprawiłam włosy, pomalowałam usta... tym razem bez strat... uff
Pojechaliśmy do przedszkola odebrać Młodego Człowieka razem z Żywicielem, to jego drugi tydzień... uderzył w płacz jak tylko nas zobaczył... ile żalu w tym było, ile pretensji! i że głodny jest, i że mu było smutno samemu... o żesz... niewiele brakowało, a wyrwałoby mi się, że już więcej nie musi tam iść... niewiele... ale jednak wielkim wysiłkiem ocaliłam moją trzydniową przedpołudniową niezależność! tylko nie mam pewności na jak długo wystarczy mi tej asertywność...