poniedziałek, 20 lutego 2012

kozaczki

Wybrałam się dzisiaj do miasta pieszo. Żywiciel pojechał rano samochodem, bo zabierał młodego człowieka do przedszkola. Pieszo, phi, lubie chodzić, droga prowadzi właściwie cały czas w dół, żadnego zmęczenia, czysta przyjemność. Niestety przekalkulowałam. Ciągłe roztopy i przymrozki zamieniły miłą trasę spacerową w przerażającą ścieżkę dla szaleńców. Naturalnie nie szłam do miasta żeby kopać rowy, miałam zaplanowane dwa spotkania: w Żywicielem w jego miejscu pracy oraz w agencji pracy, postanowiłam więc zrobić się na paniusię. No i zrobiłam. Duży błąd. Kozaczki z diabelskim poślizgiem uniemożliwiały utrzymanie równowagi, a każdy krok mógł skończyć się co najmniej połamaniem kilku kości. Świńskim truchtem, bo nie mogłam inaczej, przemieszczałam się w dół, co jakiś czas wpadając w wibrację, która prowadziła do unoszenia wysoko nóg, niekontrolowanego trzepotania rękoma i zataczania niebanalnych piruetów. W końcu stało się to co się stać musiało, kończyny dolne przemieściły się przeciwnych kierunkach, górne próbowały znaleźć podparcie na lodowej nawierzchni, a twarz znalazła się w niebezpiecznie bliskiej odległości od ziemi... doprawdy figura godna ukrytej kamery... w końcu dotarłam do miejsc zatrudnienia żywiciela, poprawiłam włosy, pomalowałam usta... tym razem bez strat... uff
Pojechaliśmy do przedszkola odebrać Młodego Człowieka razem z Żywicielem, to jego drugi tydzień... uderzył w płacz jak tylko nas zobaczył... ile żalu w tym było, ile pretensji! i że głodny jest, i że mu było smutno samemu... o żesz... niewiele brakowało, a wyrwałoby mi się, że już więcej nie musi tam iść... niewiele... ale jednak wielkim wysiłkiem ocaliłam moją trzydniową przedpołudniową niezależność! tylko nie mam pewności na jak długo wystarczy mi tej asertywność...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz