Tymczasem rano:
otwieram oczy... wtorek... cudownie, Młody idzie do przedszkola, śniadanie, joga, prasówka przy kawusi, spokojne zajęcia domowe... zaraz, zaraz, Młody jest chory... nie idzie do przedszkola... wróć...
Młody Człowiek ma się zaskakująco dobrze jak na swoją chorobę, chciałoby się wręcz powiedzieć, że za dobrze... ogień w oczach bynajmniej nie wskazuje na gorączkę... to chęć zrobienia czegoś, czego mu nie wolno :D ten ogień to nie taki znowu żar, oczy czerwone jak u byka po walce... zapalenie spojówek... nim minie dzień, ja też nerwowo pocieram oczy! Czuję się jakby mi ktoś garść piachu rzucił... parzę rumianek i jedziemy do apteki po sól fizjologiczną, sprzdają w takich małych buteleczkach jak do przemywania oczu niemowlętom... boszzzzz... ja potrzebuję litrową butelkę z dozownikiem, ja się MUSZĘ tego natychmiast pozbyć!!! Trochę mnie martwi, że ja tak wszystko przejmuję od Młodego... chyba czas zadbać o siebie.
Tymczasem za oknem lato. Wskazanie termometru w szczycie, 36 out i 29,8 in!!!!!!!!!!! Szukam nerwowo wiosennej kurtki dla Młodego. No chyba, że tak już zostanie, wtedy wystarczy odprasować t-shirty
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz