Z
aczyna się, miało być spokojnie przez jakiś czas, miało się poukładać, przyklepać, miał osiąść kurz na walizkach, no właśnie, to dlaczego ja znowu kupuje bilety?... grrrr , mało tego, miał być wypad kilkudniowy, świąteczny, w sensie, że wielkanocny, a tymczasem już w połowie marca lecę i pewnie w połowie kwietnia wrócę... w ten sposób nigdy nie zapuszczę korzeni, nigdy nie wgryzę się w tu i teraz, nigdy nie będę tu przynależeć... ale co robić, kiedy po prawie misiącu choroby, Młody Człowiek ciągle kaszle i ma katar? Ciągle nie przesypia spokojnie nocy i nie chce jeść... a ja ciągle sama walczę z jego i swoją chorobą, moimi frustracjami i frustracjami Żywiciela... chcę znaleźć się w miejscu, w którym ktoś mi pomoże, chociaż z tym cholernym żarciem, które jest zmorą poranków, wieczorów i całej reszty pośrodku... no nie urodziłam się, żeby gotować, to pewne... nie jestem matką karmicielką, nawet piersią Edmunda wykarmić nie mogłam... nie żebym jakieś kompleksy miała z tym związane, zupełnie nie, głęboko wierzę, że nie każdy musi wszystko... martwi mnie tylk obrak mojego zaangażowania w cokolwiek...
Mam dolinę, bo było już ciepło i wiosennie... a dzisiaj od rana sypie z nieba to białe, romatczne gówno... świat w bieli, a ta biel nie przypomina mi wcale przytulnej, pierzastej kołderki, wręcz przeciwnie, jest dla mnie jak chłód laboratoryjnej sterylności, z jej ciszą i poświatą lampy UV
Próbuję się sprzedawać na FB, muszę coś robić, ale ten wysiłek, coś całkowicie wbrew mojej naturze, porusza moje trzewia i sprawia, że najchętniej wykopałabym sobie dół i do niego wskoczyła... tym bardziej, że efektów nie ma... ale tego się można przecież było spodziewać, prawda... ???
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz